Mroźny zimowy dzień przechodził w wieczór. Starsza kobieta stała na skraju chodnika w pobliżu bloków mieszkalnych, żebrząc. Jej umęczona twarz, usiana zmarszczkami, przypominała zamarznięte jabłko.
W jej niegdyś błękitnych, a dziś wyblakłych oczach nie było smutku ani błagania, a jedynie ledwo skrywana obojętność, a nawet przygnębienie. Stara, znoszona kurtka, spod której wystawał czysta sukienka, nie ogrzewała jej. Na nogach miała wytarte buty.Na głowie cienką czapkę.
Dwóch nastolatków w wieku około piętnastu lat szło chodnikiem, zbliżając się do staruszki. Głośno o czymś rozmawiali, hojnie “słodząc” rozmowę mocnym językiem i na zmianę popijając spienione wino z tej samej butelki. Kiedy jeden z nich doszedł do niej, włożył jej do ręki niedopałek papierosa i uciekł, śmiejąc się dziko. Jego przyjaciel pospieszył za nim.
Babcia krzyknęła i upadła. Nie wydawała z siebie żadnego dźwięku, nie wołała o pomoc, była skamieniała z zaskoczenia i palącej urazy. Łzy cicho spływały po jej zapadniętych policzkach.
Tę scenę zobaczył wracający ze szkoły trzecioklasista. Natychmiast podbiegł do staruszki i pomógł jej wstać:
– Babciu, wstawaj,śnieg jest zimny,przeziębisz się.
Staruszka, jakby właśnie wróciła do rzeczywistości, zapytała:
– Kim jesteś?
– Jestem Franek. Tak mnie wszyscy w domu nazywają. Mieszkam tam, na drugim piętrze – wskazał na sąsiedni dom, bardzo cię boli? Nie płacz – poprosił chłopiec, patrząc w zapłakane oczy babci. Wyjął chusteczkę i zaczął niezdarnie wycierać twarz kobiety, mówiąc: “Nie martw się, babcie nie powinny się martwić.
Potem przestał mówić i zamyślił się, marszcząc brwi. Po kilku sekundach powiedział:
– Poczekaj na mnie, zaraz wrócę, zostawiam tu plecak, miej go na oku. Nie zdążysz nawet zjeść ciasta, zanim wrócę i szybko wyjął z plecaka celofanową torebkę: Proszę, weź to, moja babcia robi pyszne ciasta.
Staruszka wzięła torbę drżącymi rękami, chcąc mu podziękować, ale chłopiec już odszedł.
– Cudowne dziecko – powiedziała cicho, a jej twarz rozjaśniła się.
– Jestem – zaświergotał mały wybawca kilka minut później – zbadamy twoje ramię.
Posmarował oparzenie jodyną i zręcznie zabandażował dłoń babci.
– To wszystko – powiedział wesoło Franek – i chcę ci dać tę skarbonkę z kogucikiem. Masz, zbiorę więcej. Nie bój się, rodzice mnie nie zbesztają, zrozumieją.
Staruszka chciała odmówić, ale nie mogła! Ciemnobrązowe oczy patrzyły na nią tak błagalnie i ciepło, z taką dziecięcą spontanicznością, że nie mogła mu odmówić:
– Dziękuję, wróbelku. Szczęśliwi są twoi rodzice, że mają takiego syna.
Głos jej drżał. Aby ją uspokoić, Franek przytulił ją. Starsza pani poczuła bicie małego, ale wielkiego serca dziecka.
– Dawno nie byłam taka szczęśliwa – powiedziała ze łzami w oczach i pocałowała Franka w różowe policzki.




