Pracowałam w małej firmie, gdzie wszyscy się znali. Nie mieliśmy kuchni, nawet mikrofalówki, tylko czajnik elektryczny.
Dlatego wielu z nas kupowało gotowe jedzenie w pobliskim sklepie, przynosiło je i jadło w przerwie na śniadanie. Ja brałam jedzenie domowej roboty albo kupowałam gotowe w sklepie.
Jedna z moich koleżanek zaszła w ciążę. Mijały miesiące, a ona była przyzwyczajona do codziennego chodzenia do sklepu po jedzenie. Potem nadeszły jej urodziny i poszła do sklepu, aby kupić coś dla nas wszystkich. Poszłam z nią, zdając sobie sprawę, jak trudno będzie jej dźwigać wszystko samej.
Kupiłyśmy 4 torby jedzenia, nie dałaby rady sama! Urodziłaby po drodze. Tak czy inaczej, przyniosłyśmy wszystko, pomogłam jej nakryć do stołu i świętowaliśmy. Potem pomogłam jej wszystko pozbierać.
Następnego dnia poszliśmy razem do sklepu kupić jedzenie, każdy dla siebie. Inni koledzy z naszego biura zauważyli to i poprosili nas, abyśmy kupili również dla nich, a następnie oddali nam pieniądze. Nie było problemu. Od tamtej pory stało się to tradycją – ja i moja koleżanka w ciąży idziemy do sklepu, a inni dają nam listę rzeczy do kupienia.
I choć na początku kupowałyśmy tylko dla naszego biura, później dołączyło jeszcze sąsiednie biuro. Nosiłyśmy więc dla siebie i dla innych.
Nawet nie zauważyłyśmy, że nikt już nie chodził do sklepu. Była wiosna, a potem lato. Chodziłyśmy do sklepu. Potem koleżanka która mi towarzyszyła w wyprawach do sklepu urodziła i poszła na macierzyński.
Jej nie było, ale tradycja pozostała. Moi koledzy bardzo przyzwyczaili się do dostaw jedzenia i wtedy zaczęły się problemy.
Szłam do sklepu kupić trochę jedzenia. Nagle dali mi listę. Zaproponowałam komuś, żeby poszedł ze mną, bo nie dam rady sama wszystkiego nosić. Wszyscy odmówili, a niektóre pozycje zostały skreślone z listy, aby ułatwić mi noszenie. Dobrze.
Poszłam, kupiłam, przyniosłam. I zdałam sobie sprawę, że jestem ich darmowym kurierem. I musiałam coś z tym zrobić.
Następnego dnia przyniosłam do pracy zupę w termosie. Około godziny 12 moi koledzy zaczęli głośno wyrażać swoje myśli, mówiąc, że są głodni itp. Kiedy zgłodniałam, po prostu wyjęłam termos i zjadłam zupę . Moi koledzy w biurze patrzyli na mnie bardzo uważnie.
A potem zajrzeli ci z sąsiedniego biura i zapytali, czy ktoś idzie dziś do sklepu, patrząc na mnie. Odpowiedziałam, że nigdzie się nie wybieram. Oczywiście moi koledzy byli z tego powodu niezadowoleni.
Następnego dnia również przyszłam z jedzeniem w termosie. W porze lunchu znów zaczęli mnie pytać, czy idę do sklepu. Powiedziałam, że teraz noszę jedzenie z domu i nie pójdę do sklepu.
A potem usłyszałam, jaką jestem złą osobą, że to było dla nich bardzo wygodne (oczywiście, że było!), a teraz odmawiam im pomocy! Na to odpowiedziałam, że dlaczego nikt inny nie pomaga? Wcześniej każdy chodził do sklepu sam, nikt nikomu nie pomagał.
A nawet później, kiedy koleżanka w ciąży i ja zaczęłyśmy kupować dla wszystkich zgodnie z listami, nikt nie wyraził chęci pójścia z nami lub pójścia zamiast nas i kupowania dla wszystkich.
Potem przyszedł ktoś z biura obok i włączył się do rozmowy. Na koniec usłyszałam, że myśleli, że jestem taka super, a okazało się, że nie. W każdym razie nie pasuje mi bycie złym. I tyle!!! Żadnych przeprosin za pretensje, zupełnie nic.
Ale jak potem próbowali wybrać nową osobę, która zrobi dla nich zakupy, pokłócili się z sąsiednim biurem. Nikt nie chciał zostać kurierem.
Wtedy moi koledzy zaczęli chodzić do sklepu parami i kupować tylko dla siebie. A ja odeszłam po miesiącu, bo dostałam lepszą propozycję pracy.




