Przez długi czas mój mąż zarzucał mi, że wydaję za dużo pieniędzy na codzienne zakupy. Zazwyczaj tylko ja robiłam wszystkie zakupy do domu. Miałam na to więcej czasu niż mój mąż. Zawsze jednak płaciłam za zakupy kartą męża. Taka była nasza umowa.
Nigdy nie zwracał uwagi na to, ile wydaję na artykuły spożywcze, chemię i wszystko inne, czego potrzebuję do życia. Ale ostatnio mąż miał problemy w pracy, więc musimy oszczędzać.
Doprowadziło to do rozmów z mężem na temat tego, że wydaję za dużo pieniędzy w supermarketach. Mój mąż zaczął zwracać uwagę na moje codzienne wydatki, chociaż nie rozmawialiśmy o tym od około 5 lat.
Pewnego dnia wrócił do domu z pracy bardzo poirytowany, co sprowokowało kłótnię. Zaczął mnie wypytywać, na co codziennie wydaję pieniądze. Zaczął krzyczeć, że teraz, kiedy mamy problemy finansowe, nie możemy po prostu wydawać kilku stówek dziennie w supermarkecie. Nie mógł zrozumieć, na co przeznaczam pieniądze.
Zaczęłam go przekonywać, że kupuję tylko potrzebne rzeczy, ale mi nie uwierzył. Wtedy poprosił mnie o ostatnie paragony. Nie miałam ich, co jeszcze bardziej go rozzłościło.
Ja też nie mogłam milczeć, więc dałam mu kartę i powiedziałam, że teraz on jest odpowiedzialny za wszystkie zakupy. Nadeszła sobota – dzień zakupów. Mój mąż poprosił mnie o napisanie listy zakupów.
Umówiliśmy się, że pójdziemy razem i przeanalizujemy koszty. Dwie godziny zajęło nam znalezienie najkorzystniejszych ofert i kupienie tylko tego, czego potrzebowaliśmy. Nie brałam prawie nic, powierzyłam to mężowi. Długo chodził, dokonywał wyborów i w końcu doszliśmy do kasy.
Spojrzał na koszyk z zakupami i powiedział, że będzie to kosztować około 100-200 złotych, nie więcej. Po prostu milczałam i patrzyłam. Kiedy ekspedientka podała ostateczną cenę 500 złotych, mój mąż spojrzał na nią, jakby i jemu podsunęła swój koszyk.
Po tym incydencie zrozumiał, że nie marnuję pieniędzy, ale naprawdę kupuję tylko niezbędne rzeczy.




