Marek i ja jesteśmy małżeństwem od 20 lat i mamy jednego syna. Wierzyłam, że nasza rodzina jest najsilniejsza i najszczęśliwsza. Dom, ukochany mąż, dziecko i praca. Nie wyobrażałam sobie innego życia dla siebie.
Mąż prowadził biznes, ja też pracowałam, choć jak większość kobiet zarabiałam mniej. Mój mąż był człowiekiem humorzastym – jeśli w pracy były problemy, sprzedaż spadała, w domu była kłótnia. Ja milczałam, uważając, że wszystkie rodziny mają problemy, nie ma się czym przejmować, bardzo się kochamy.
Pewnego dnia Marek oznajmił mi, że zakochał się w innej kobiecie i zamierza z nią zamieszkać. To było dla mnie jak grom z jasnego nieba. Nawet niczego nie podejrzewałam. Spóźnienia z pracy tłumaczyłam sprawami służbowymi, spotkaniami, negocjacjami. W sumie nawet nie wiem, jak przeżyłam tę wiadomość.
Uratował mnie karnet na siłownię. Zawsze coś robiłam: aerobik, taniec w różnych stylach. Wtedy zaczęłam chodzić na siłownię codziennie po pracy, dając z siebie wszystko. Wracałam do domu wyczerpana i od razu zasypiałam. Spałam jak dziecko.
Sześć miesięcy później byłem nie do poznania. Schudłam, a nawet odmłodniałam. Oczywiście mężczyźni zaczęli zwracać na mnie uwagę. Zaczęłam mieć przelotne romanse, ale nie chciałam poważnego związku. Nie chciałam się już do nikogo przywiązywać, bałam się, że znów zostanę zdradzona.
I wtedy zdałam sobie sprawę, że bycie samemu nie jest takie złe, jest po prostu wspaniałe. Nie ma obaw, że ktoś wyrazi swoje niezadowolenie , że jedzenie jest niesmaczne, koszula źle wyprasowana itd. lub będzie nie miły tylko dlatego, że nie jest w nastroju. W domu jest mniej pracy: pranie, gotowanie, prasowanie itp. Mam dużo wolnego czasu dla siebie. Żałuję tylko, że nie zostawił mnie wcześniej.




