Mama nie żyje. Otrzymałam tę wiadomość w drodze do pracy. Mama właśnie odeszła. Odeszła po cichu i nikt nie zauważył tej chwili gdy jej dusza opuszczała tę ziemię. Wszystko natychmiast stało się nieważne. Pospieszyłam do domu, odbierając po drodze telefoniczne kondolencje od krewnych, przyjaciół i znajomych. Ale to były tylko słowa, nie mogły niczego zmienić ani pomóc.
Wszystko robiłam automatycznie. Moja świadomość była gdzieś bardzo daleko, w uścisku wspomnień z dzieciństwa, gdzie moja matka była wciąż młoda, wesoła, nieobciążona zmartwieniami i zmarszczkami. Tam w tych wspomnieniach uśmiechnęła się do mnie i zawołała mnie do domu. W mieszkaniu panowała żałobna cisza. Przyjechało pogotowie i potwierdziło zgon, potem policja. Wszystko działo się jak u wszystkich, jak zawsze, gdy ktoś umiera. Tylko twój smutek był o wiele cięższy. Każdy jest sam w swoim smutku. Krewni i przyjaciele przyszli pożegnać się ze zmarłą. Automatycznie robiłam wszystko, co musiałam, a moja rodzina starała się mi nie przeszkadzać.
Nawet dzieci siedziały cicho w swoim pokoju i szeptały o czymś. Potem był cmentarz, kopiec ziemi i tablica. Były na niej daty urodzenia i śmierci. Jak ulotne jest życie. Mój mąż sprzątał w kuchni. Zmywał naczynia i starannie układał łyżki, które cicho brzęczały. I tylko mój młodszy syn, z racji wieku, podbiegał do mnie i zadawał pytania, wyrywając mnie z rozmyślań. Dziecko niczym się nie przejmuje, śmierć go nie przeraża. A życie toczy się jak zwykle, ziemia nadal się obraca, mimo że słońce wydaje się przyćmione.
Spojrzałam na łóżko matki. Było czyste i puste. To był pierwszy dzień bez mojej matki. Wśród wielu kondolencji jedna osoba powiedziała coś, co utkwiło mi w pamięci.
-Stałaś się dorosła.
I rzeczywiście. Dopóki nasi rodzice żyją, wciąż jesteśmy dziećmi. Mamy się komu wyżalić, u kogo szukać pocieszenia. Często wracałam z pracy rozdrażniona, a mama, starając się mi nie przeszkadzać, pytała cicho:
-Jak się masz? A ja w odpowiedzi rzucałam coś niedbale. Ale jej oczy ciągle mnie obserwowały. Szczerze cieszyła się z moich sukcesów i smuciły ją moje kłopoty. Umiała słuchać.
O moich kłopotach mogła słuchać godzinami. A gdy jej opowiedziałam, co mnie boli ,robiło mi się lżej na duszy. Mówiła:
-Już dobrze, wszystko się ułoży, wszystko minie.
Była mądrą kobietą i zawsze miała rację. Większość problemów znikała bez śladu. Pod jej wzrokiem stawałam się na powrót małym dzieckiem i dzieliłam się z nią swoimi problemami. A ona mnie pocieszała. Zawsze to robiła, dlatego, że mnie kochała. Nie potrzebowałam jej rady czy pomocy, potrzebowałam jej miłości. A ona mi ją dawała. Hojnie. Tak po prostu. Nie doceniałam tej troski, błędnie wierząc, że tak będzie zawsze.
Jakiej rady możesz udzielić osobie, która doświadczyła żalu po stracie matki? Dlaczego ludzie nie doceniają swoich rodziców za życia i mają wyrzuty sumienia, gdy rodzice odchodzą?




