Mamy sąsiadów, z którymi jesteśmy dość dobrze zaprzyjaźnieni . To był szczyt sezonu , lato. Byliśmy na wakacjach w naszym domku letniskowym, nasi sąsiedzi również. Wrócili tydzień po nas i od razu zauważyłem, że brakuje głównego członka rodziny, szarego bandyty bez prawego ucha, kota Sirko. Ponieważ jesteśmy przyjaciółmi to często się odwiedzamy. Ich kot zawsze był w pobliżu, kradnąc jedzenie lub wpadając w odwiedziny. Schodził piętro niżej, stawał przy drzwiach i zaczynał miauczeć. Uspokajał się tylko wtedy, gdy nakarmiliśmy go smacznym jedzeniem. Dlatego byłem zły, że wrócili bez kota.
Tak się złożyło, że jesteśmy sąsiadami nie tylko w bloku , ale mamy też obok siebie domki letniskowe. A nasze domki mają jedną szczególną cechę – można się do nich dostać tylko łodzią. Dręczyłem się i martwiłem aż do wieczora. Z jakiegoś powodu wziąłem sobie do serca kota sąsiadów. A potem wybrałem numer telefonu mojego szefa i poprosiłem o dzień wolny. Moja żona westchnęła ciężko i powiedziała: “Bądź ostrożny. Poproś o łódź do transportu”.
Rano pogoda nie była dobra. Błąkałem się po przystani mając nadzieję, że ktoś będzie płynął na drugą stronę pomimo pogody. Był tam mężczyzna w butach rozmiar czterdzieści pięć. Grzebał w silniku i marudził. Wyjaśniłem mu, że zapomniałem kilku bardzo ważnych dokumentów w i wręczyłem mu sto złotych. Włożył kasę do kieszeni i zwodował łódź.
Fale były bardzo durze. Pluły zimną pianą i groziły wywróceniem małej łódki. Tak więc, po pół godzinie desperackiej walki z wodnym żywiołem, znaleźliśmy się na brzegu w pobliżu naszych domków. Niebo stopniowo szarzało, a lekki deszcz zamienił się w lodowate granulki.
Krzyczałem na całe gardło wołając kota po imieniu, mając nadzieję, że jeszcze żyje. I pojawił się. Skulił się przy moich nogach, piszcząc żałośnie. Chwyciłem go w ramiona i popędziłem do łodzi. Podleciałem do niej i wskoczyłem, kładąc kota obok siebie. Ponury mężczyzna otworzył oczy i otworzył usta. Ale wtedy… Sirko wyskoczył z łodzi i jakoś nieśmiało przycisnął swoje jedyne lewe ucho do głowy i miauknął cicho. Potem odwrócił się i pobiegł z powrotem. Stój, stój, gdzie do cholery idziesz! – krzyknąłem.
….. a ja pobiegłem za kotem, ignorując przekleństwa i obietnice faceta, że nas zostawi. Kot biegł przed siebie, a ja za nim, aż nagle skręcił w lewo i zniknął w krzakach. Gdy podbiegłem bliżej, zobaczyłam szarego, jednookiego kota tulącego małego, czarnego kociaka. Kociak był mokry i rozpaczliwie piszczał. Sirko spojrzał na mnie z poczuciem winy i miauknął.
Ukląkłem na mokrą ziemię i już miałem podnieść koty. Ale wtedy ziemia za mną zadudniła. To był ponury mężczyzna, tupiący swoimi wielkimi butami, wypluwający z siebie potoki przekleństw. Pojawił się za mną i nagle zamilkł. Następnie, całkowicie spokojnym i zaskakująco przyjemnym głosem, powiedział:
-Chodź, pospiesz się. Bo zaraz zacznie się zamieć i wszystko pokryje śnieg.
Podniosłem Sirko i czarnego kociaka i pobiegliśmy do łodzi. Nie wiem, jak przedostaliśmy się na drugą stronę rzeki. Może Bóg tak chciał, bo nie widzieliśmy nic dookoła.
Ponury mężczyzna nagle powiedział, blokując ryk silnika i wody:
-Jesteś jednak draniem.
Zawstydziłem się.
-Dlaczego ? zapytałem, patrząc z niepokojem na burzę za burtą. Mężczyzna kontynuował.
-Oszukałeś mnie z dokumentami i pieniędzmi, chciałeś uratować kota? Ty masz być człowiekiem, a ja bezduszną, złą istotą? Czy o to chodzi?
– Bałem się, że odmówisz, a nie było nikogo innego, kto mógłby go uratować – wyjaśniłem.
Mężczyzna przestał mówić, nucił, zacumowaliśmy. Potem długo szukał pudełka dla kociaka i wyłożył je ciepłym ręcznikiem. A kiedy miałem już wychodzić, po podziękowaniu powiedział.
-Wiesz co? Nigdy nie jest tak, że wszystko jest dla jednego, a nic dla drugiego. I podchodząc do Sirko, zwrócił się do niego z przemową:
-Oto, co powinieneś zrobić, przyjdź i zamieszkaj ze mną. Ja chodzę na ryby. A ty jesteś dobrym kotem. Jesteś dobrym kotem. A więc jesteś mężczyzną. Nie porzuciłeś swojego dziecka.
Kot spojrzał na mnie, miauknął z poczuciem winy, podszedł do ponurego mężczyzny i stanąwszy na tylnych łapach, oparł przednie łapy na jego wielkich butach. Mężczyzna wziął go na ręce. Wielki szary bandyta owinął łapy wokół jego szyi i przytulił się do niego.
Mężczyzna odwrócił się na bok i przez całą minutę mówił drżącym głosem – no, no, no… Potem oprzytomniał, odwrócił się do mnie i powiedział zaskakująco łagodnym głosem – zapraszam na ryby w następny weekend. I mrugnął do mnie.
A kiedy wróciłem do domu i zaczęliśmy z żoną opiekować się czarnym kotem, znalazła sto złotych pod ciepłym ręcznikiem frotte.
I teraz jeździmy na ryby cały czas, razem z dobrym, zdrowym, zrzędliwym facetem. Co z tego, że czasem wracam nie do końca trzeźwy i bez ryb? Powiedziałbym, że wędkarstwo to kwestia życia.
Opowiedz nam historię o swoim zwierzaku w komentarzach.




