Moja przyjaciółka, która nie miała własnych dzieci, zaczęła opiekować się dziećmi w sierocińcu. Pewnego dnia poszła na oddział, gdzie leżały chore dzieci. Kiedy weszła, była zszokowana ciszą, która ją przywitała. Na początku nie mogła nic zrozumieć. Pospieszyła więc do każdego z łóżeczek, by sprawdzić, czy dzieci już się obudziły.
Obudziły się! Ale w pokoju nie było słychać żadnego dźwięku.
-Dlaczego nie płaczą? – zastanawiała się.
-Ponieważ nikt nie reaguje na ich krzyki – odpowiedziała spokojnie pielęgniarka.
-One już wiedzą, że nikt ich tu nie chce. Płacz ich nie uratuje. W końcu i tak nikt nie podejdzie do takiego dziecka i nie weźmie go na ręce. Nie mamy czasu – jesteśmy w pracy – usprawiedliwiała się pielęgniarka.
Moja przyjaciółka nie mogła się powstrzymać – łzy dławiły jej gardło i wybiegła na zewnątrz.
Przez miesiąc po tym wydarzeniu, za zgodą lekarza, chodziła tam, aby pomagać tym małym dzieciom w każdy możliwy sposób. Wtedy zdała sobie sprawę, że nie będzie już mogła żyć tak jak wcześniej.
Zaczęła przygotowywać dokumenty o opiekę nad najmniejszym, najsłabszym dzieckiem z tego oddziału.
W ten sposób w jej życiu pojawiła się dziewczynka, trzeba było wiele wysiłku, by stanęła na nogi i mówiła do niej “mamo”.
Jestem dumna z mojej koleżanki, z jej wrażliwości i odwagi.




