Wyszłam za Roberta 15 lat temu. Miałam 20 lat, a Robert 30. Był już rozwiedziony. Ja pochodziłam ze wsi, a Robert ze stolicy. Mieszkał w jednopokojowym mieszkaniu z matką. Po ślubie wprowadziłam się do nich.
Moje relacje z teściową były normalne. Prosiła, żebym mówiła do niej mamo. Po sześciu miesiącach wspólnego mieszkania zaszłam w ciążę. A mój mąż zaczął wracać do domu pijany. Kiedyś, gdy powiedziałam, że mam tego dość, podniósł na mnie rękę. Mimo, że nosiłam w sobie jego syna. Teraz wiem, że powinnam była wtedy od niego uciec. Ale bałam się. Nie chciałam wracać do wioski i nie chciałam rozwodu. A to był błąd.
Robert za każdym razem przepraszał, mówiąc, że to się więcej nie powtórzy, a ja wciąż mu wybaczałam. Kiedy nasz syn miał kilka miesięcy, dowiedziałam się, że znów jestem w ciąży. Robert zaczął być bezpodstawnie zazdrosny. Zaczęliśmy się często kłócić. Zajmowałam się synem i ciążą, aby nie myśleć o tym, że nasz związek stał się nie do zniesienia. Byłam jeszcze bardzo młoda i nie miałam pracy. Z powodu wczesnej ciąży nie miałam nawet czasu na naukę. Oczywiście mogłam zamieszkać z powrotem z moją matką, ale nie chciałam, by utrzymywała mnie i dwójkę moich dzieci.
Często myślałam, że moje życie nie potoczyło się tak, jak chciałam. W wieku 30 lat mieliśmy już czwórkę dzieci. Mój mąż miał chwile oświecenia, martwił się o mnie i dzieci. W takich momentach wierzyłam nawet, że nasz związek da się jeszcze uratować. Ale te krótkie szczęśliwe chwile kończyły się zazdrością, kłótniami, a on pozwalał sobie raz po raz podnosić na mnie rękę. W naszych ostatnich wspólnych latach był pewien, że będę wszystko tolerować i wybaczać, bo nie miałam wyboru i nie miałam dokąd pójść. Kiedy Robert zaczął wyrzucać mnie z domu po kłótniach, zdałam sobie sprawę, że muszę wszystko zmienić.
Ciągle myślałam o tym, jak to zrobić. Czasami jechałam do mamy, żeby przenocować, czasami do przyjaciółki, ale po jednym dniu zawsze wracałam do dzieci i godziłam się z mężem. Ale rozumiałam, że tak dłużej być nie może. Zapisałam się na kurs fryzjerski, bo zawsze lubiłam wszystko, co związane z włosami. Znalazłam pracę w salonie. Nie zarabiałam dużo, ale to wystarczyło, by uwierzyć w siebie i w lepszą przyszłość.
Po kolejnej kłótni znowu wyrzucił mnie z domu. Wtedy już wiedziałam. To był ostatni raz. Nie pozwolę, by zrobił mi to ponownie. Byłam zdeterminowana. Rano zaczęłam szukać mieszkania do wynajęcia. Pomogła mi w tym moja przyjaciółka. Byłam gotowa zapłacić ponad połowę mojej pensji za mieszkanie. Moja mama wspierała mnie i powiedziała, że co miesiąc będzie mi pomagać z pieniędzmi i jedzeniem. Ma własny ogród i daje mi część plonów.
Kiedy znalazłam mieszkanie, natychmiast pojechałam odebrać dzieci. Dzieci były szczęśliwe, nie musiały już widzieć i słyszeć kłótni rodziców. Przeprowadziliśmy się więc do mieszkania, z którego mój mąż nie mógł nas wyrzucić. Miesiąc później złożyłam pozew o rozwód. Od kilku miesięcy oddycham spokojnie, chociaż czasami jest trudno finansowo. Żałuję tylko, że nie zrobiłam tego wtedy, 15 lat temu.




