Nadeszły czasy, kiedy nie mogę dogadać się z synem i synową. Mieszkają w wynajmowanych mieszkaniach przez całe swoje małżeńskie życie, czyli ponad 10 lat. Mają już dwójkę dzieci i w ogóle nie myślą o własnym mieszkaniu.
Początkowo mój syn był pewien, że dam im jedno ze swoich mieszkań. Mieszkam w jednym mieszkaniu, a drugie wynajmuję. To moje jedyne źródło dochodu. Ostrzegłam ich, że nie powinni liczyć na moje mieszkanie. Niech oszczędzają, zarabiają lub biorą kredyt. Jeśli oddam im mieszkanie, które wynajmuję, to z czego będę żyła?
To tylko tak wygląda, że wynająć mieszkanie jest bardzo łatwo – a potem wystarczy siedzieć i liczyć pieniądze. W rzeczywistości wcale tak nie jest. Coś się psuje, trzeba znaleźć najemców, spóźniają się z pieniędzmi, sąsiedzi narzekają.
Myślałam też o tym, żeby po prostu sprzedać mieszkanie i żyć z tych pieniędzy. I wtedy mój syn zapytał, czy coś dostanie, jeśli sprzedam mieszkanie. Powiedziałam, że nie. Jest mężczyzną i sam musi myśleć o swoim mieszkaniu. Musi utrzymać swoje dzieci i żonę. Wydaje mi się, że to sprawiedliwe. Ja utrzymuję się sama, a oni też są niezależną i odrębną rodziną.
Jak to możliwe? Mieć dwójkę dzieci i nie myśleć o ich przyszłości? Zawsze na kimś polegać i czekać na pomoc? To nie powinno tak wyglądać. Oni mają własne życie, a ja mam swoje.
Myślisz, że mam rację? A może powinnam oddać synowi mieszkanie?




