Nigdy nie odważyłabym się na taką przygodę, gdybyśmy nie spotkali się w pociągu dalekobieżnym.
– Cholera, co za pech – pomyślałam, gdy do przedziału wszedł wysoki, ponury mężczyzna. – Może nie będzie jechał do stacji końcowej…
Nasz pociąg jechał bardzo długą trasą. Miałam w tym pociągu spędzić półtorej dnia.
– Podroż się dłuży jeśli współpasażer jest nieprzyjemny, w sumie dla mnie lepiej, żeby w przedziale siedziały same kobiety, ale wsiadł mężczyzna, w dodatku duży, czyli będzie chrapał – pomyślałam, patrząc na niego.
Potem zrobiło się ciekawiej – odbicie żarówki sufitowej świeciło na jego głową, która była całkowicie pozbawiona włosów – i mój nastrój się poprawił – przez całe życie miałam zamiłowanie do łysych mężczyzn.
– Robert – facet z przedziału przedstawił się krótko, jakby chcąc powstrzymać mnie przed dalszą rozmową.
Chciałam zapytać go o chrapanie – na co się przygotować. Ale nie odważyłam się.
Robert, wypiwszy w nocy kawę (co w moich oczach też dodaje mu godności po wyłysieniu), zasnął.
Mężczyzna spał spokojnie, nie chrząkał, nie chrapał, nie jęczał ani nie zgrzytał zębami, czego boję się jeszcze bardziej niż chrapania. No i zarobił kolejnego ogromnego plusa.
W połowie podróży Robert zdobył jeszcze kilka punktów:
- Nie chrząkał podczas jedzenia;
- Nie płukał zębów herbatą;
- śmiał się z moich żartów, a ja śmiałam się do łez z jego żartów;
- wysiadając na stacji, na której podczepiali wagony , kupił mi drogie lody (nie zamawiałam ich);
- mówiąc o sobie, nie narzekał na koleje losu i słabe zdrowie;
- wiedział, że Maria Remarque jest niemiecką pisarką, a nie pisarzem.
A potem trzymaliśmy się za ręce, gdy wyszliśmy się przewietrzyć, i dostałam ogromny bonus – Robert okazał się wdowcem mieszkającym w tym samym mieście co ja.
Nie planowałam ponownego zamążpójścia – moja wyobraźnia rysowała zbyt wiele obaw:
- utratę mojej magicznej wolności;
- konieczność przyzwyczajenia się do obcej osoby w domu;
- konieczność ciągłego monitorowania mojego wyglądu;
- konieczność gotowania, sprzątania, prasowania, prania;
- konieczność wpuszczenia jego dzieci, przyjaciół, rodziców do mojego życia – jego życia beze mnie.
Ale w rzeczywistości wszystko okazało się znacznie prostsze – Robert po cichu wkroczył w moje życie i stał się jego integralną częścią. Na początku tylko się spotykaliśmy, potem został u mnie na tydzień. Potem, niepostrzeżenie, moje mieszkanie zaczęło zarastać jego rzeczami i wtedy zastanawiałam się, jak on mógłby gdziekolwiek pójść, skoro było nam razem tak dobrze, ciepło, przytulnie i wesoło.
Apeluję do tych, którzy boją się podjąć taki krok – nie bójcie się zmian, nie słuchajcie nikogo – wszystko okazało się dużo łatwiejsze! Najważniejsze to poznać swojego Roberta.
Od autora:
Zainspirowała mnie historia mojej najbliższej przyjaciółki, która rok temu w wieku 62 lat spotkała swoją miłość. Ale … aktywne poszukiwania nie są dla mnie, kilka prób poszło na marne. Poczekam – jeśli los będzie mi sprzyjał, spotka mnie z nim, choćby tuż przed zachodem słońca.
Dziękuję za poświęcony czas.
Umieść 👍, jeśli podobała Ci się ta historia.




