Mam sześćdziesiąt lat i dwójkę dzieci: starszą córkę, która ma 35 lat i mieszka w stolicy wraz trójką swoich dzieci, oraz syna, który ma 29 lat i niedawno się ożenił. Bardzo ich kocham, ale uważam, że są nieco samolubni. Bardzo często myślę, że dzieci po prostu mnie wykorzystują. A ja nie jestem już młodą kobietą, starzeję się, jestem zmęczona.
Ojciec moich dzieci nie jest dobrym człowiekiem. Wiele lat temu znalazł sobie kogoś innego. Przez sześć miesięcy okłamywał mnie i sam czuł się z tym źle: mieszkał ze mną i dziećmi i spotykał się z pewną rozwódką. Bardzo martwiłam się rozwodem, szczególnie żal mi było dzieci.
Mój syn miał wtedy 7 lat, ciągnął ojca za spodnie i mówił: “Tatusiu, nie idź, będę grzeczny”. On sam się tym martwił, ale ostatecznie wybrał inną kobietę. Zostawił nam jednak swoje dwupokojowe mieszkanie i regularnie płacił alimenty. Czasami rozmawiam z nim w mediach społecznościowych o naszych dzieciach, jest szczęśliwy ze swoją drugą rodziną i nie zawracam mu głowy.
Najwyraźniej tak bardzo martwiłam się o dzieci, że poświęcałam im cały swój czas i spełniałam ich zachcianki. Moja córka chciała chodzić na różne zajęcia: pozwalałam jej na wszystko, woziłam ją, płaciłam za nią, a ona przeskakiwała z jednego hobby do drugiego. Jeśli chciała pięknych sukienek- miała, a na zakończenie szkoły chciała najlepszą sukienkę, nawet jeśli była bardzo droga i miała. Mój syn potrzebuje sprzętu AGD, drogich rzeczy, roweru – oczywiście, synu, musisz go mieć!
Pracowałam na dwa etaty, a i mój były mąż angażował się, żeby dzieci miały wszystko. Córka chciała studiować w stolicy, więc wzięłam kredyt i go spłaciłam. A ona zrezygnowała, wyszła za mąż, urodziła trójkę dzieci i uznała, że nie potrzebuje edukacji.
Niestety jej mąż okazał się wielkim leniem, nie chciał nigdzie pracować, żyli za pieniądze jego rodziców. Mój trzeci wnuk urodził się, kiedy właśnie przeszłam na emeryturę i wtedy moja córka zaczęła prosić:
-Mamo, przyjedź i pomóż nam przy dzieciach, my oboje pójdziemy do pracy.
Pojechałam. Szczerze mówiąc, byłam bardzo zmęczona nie tyle wnukami, co córką i zięciem. Na początku byli jakoś wdzięczni za moją pomoc, ale potem zamienili mnie w służącą i guwernantkę: ciągle komentowali – źle je karmisz, źle z nimi chodzisz, źle siedzisz, źle im usługujesz! W pewnym momencie pomyślałam sobie – po co mi to? I wróciłam do domu.
A tam mój syn przyprowadził synową! Dopiero przed wyjazdem dowiedziałam się, że się z nią ożenił, mieszkał z nią przez dwa lata bez ślubu. Powiedział, że nie chcieli mieć zwykłego wesela, bo mieli własną wizję: świętowanie z przyjaciółmi na kempingu z grillem. Dlatego mnie nie uprzedził i ponoć nie chciał przeszkadzać mi w pracy.
Wiadomość, że wracam do domu, przyjął nieco oschle. Przyjechałam i zobaczyłam, że moja synowa jest teraz odpowiedzialna za mój dom. Wydaje się, że żyjemy razem spokojnie, ale ona robi wszystko po swojemu i nie bierze mnie pod uwagę. Jeśli posprzątam dom, wszystko jest w porządku, ale jeśli postawię niektóre rzeczy w inny sposób, odczuwam negatywny nastrój ze strony synowej.
Jestem więc na rozdrożu: wydaje mi się, że mam gdzie mieszkać, ale czuję się tam albo służącą, albo kimś zbędnym. Moja córka również ma do mnie taki sam stosunek, a nawet gorszy, więc na pewno nie pojadę już do stolicy. Nie mam dokąd pójść, nie mogę wyrzucić syna, ale trudno mi poradzić sobie z synową. Zadzwoniłam do siostry ze wsi, a ona do mnie:
-Wyrzuć młodych z domu!
Łatwo jej powiedzieć .Jest mi bardzo ciężko na sercu i nie widzę wyjścia. Nigdy bym nie pomyślała, że nie będę w stanie dogadać się z własnymi dziećmi.




