Mieszkałam z tatą, jego siostrą i babcią. Moja mama zmarła, gdy byłam bardzo mała. Kiedy miałam 18 lat, zaszłam w ciążę. Moi krewni powiedzieli mi, że powinnam pozbyć się dziecka, ponieważ mieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu i nie było tam miejsca. Nikt nie chciał słuchać płaczu dziecka przez całą noc i pomagać mi.
Od pierwszego dnia, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, wierzyłam, że będę w stanie wychować moje dziecko. Jak można sobie wyobrazić, ojciec dziecka również go nie chciał. Po tych słowach pożegnałam się z nim na zawsze.
Kiedy usłyszałam od rodziny, że nie chcą mojego dziecka, przepłakałam całą noc. Ale byłam zdeterminowana. Powiedziałam im, że nie pozbędę się dziecka, postanowiłam urodzić, bez względu na wszystko. Wtedy pokazali mi drzwi i powiedzieli, żebym nie prosiła ich później o pomoc. Tak skończyłam na ulicy w ciąży. Na początku było bardzo ciężko. Trzymałam się tylko dla mojego dziecka, zdałam sobie sprawę, że nie mogę się poddać.
Wzięłam urlop na uczelni i znalazłam pracę. Od tego czasu minęło osiem lat. Urodziłam zdrową córkę. Dajemy sobie radę we dwie. Wciąż jednak nie ułożyłam sobie życia osobistego. Moja córka i ja mieszkamy w mieszkaniu obok mojej rodziny. Oznacza to, że moja rodzina widzi moją córkę każdego dnia, kiedy idzie do szkoły lub na spacer. Moja córka domyśla się, że ten siwy mężczyzna jest jej dziadkiem. Ja nigdy nie znalazłam w sobie siły, by im wybaczyć.
Ci ludzie stali się dla mnie zupełnie obcy, kiedy pokazali mi drzwi. Moja babcia odeszła, moja ciotka wyszła za mąż, a mój ojciec nadal prowadzi swoje zwykłe życie. W tym czasie zadzwonił do mnie tylko raz. Kiedy urodziłam. Potem już nie rozmawialiśmy.
Dobrze pamiętam dzień, w którym opuściłam szpital i nie wiedziałam, dokąd iść. Wtedy moja przyjaciółka bardzo mi pomogła. Przygarnęła mnie i pomogła finansowo. Zdecydowanie będę jej wdzięczna do końca życia. Moja przyjaciółka jest matką chrzestną mojej córki. I jest to dla mnie jak rodzina.




