Wyszłam za mojego męża, gdy miałam 20 lat, a on 24. Dwa lata później urodziła nam się córka. Mieszkaliśmy w mieszkaniu, które odziedziczyłam po dziadku. Mój mąż w ogóle nie interesował się naszym dzieckiem, uważał, że dziecko to sprawa czysto kobieca. Po 4 latach zdecydowaliśmy się na drugie dziecko, mój mąż bardzo chciał syna. Ciąża była bardzo trudna, wiele razy groziło mi poronienie. Ponieważ spędziłam dużo czasu w szpitalu, moja córka musiała zostać na jakiś czas oddana mojej matce. I chociaż byłam w ciąży z synem, którego mój mąż tak bardzo pragnął i na którego tak bardzo czekał, w ogóle się nami nie interesował. Często z pracy wracał do domu pijany. A potem przyszedł czas na poród. Był łatwy i szybki.
Kilka dni później, gdy byłam jeszcze w szpitalu, odwiedziła mnie znajoma i powiedziała, że mój mąż mnie zdradza. W tym momencie w mojej głowie pojawiło się wiele pytań. Jak mógł to zrobić? Jak mogłam tego wcześniej nie zauważyć? Tylko ze względu na mojego syna, który tak bardzo mnie potrzebował, zaczęłam się uspokajać i oczekiwać na wyjście ze szpitala.
Kiedy wróciłam do domu, mój mąż czekał na mnie z pięknym bukietem i sztucznym uśmiechem. Przez kilka dni z rzędu znajdowałam dowody niewierności w całym mieszkaniu. Począwszy od gumki do włosów po bieliznę. Tego samego dnia wyrzuciłam go za drzwi.
Rok później odwiedziła mnie dziewczyna, która spotykała się z moim mężem przez kilka miesięcy. Opowiedziała mi historię, że ich romans miał pewne konsekwencje. Zaszła z nim w ciążę i urodziła dziecko, którego on nie zaakceptował. Później zdiagnozowano u niej raka. Przyszła do mnie zrozpaczona i poprosiła, żebym zaopiekowała się jej dzieckiem po jej śmierci. Byłam po prostu zszokowana, ale nie mogłam odmówić. Po jej śmierci odwiedził nas notariusz. Jak się okazało, przed śmiercią zapisała swój samochód, mieszkanie i znaczne oszczędności bankowe na moje nazwisko.
Mój były mąż podejmował próby odzyskania mnie, ale nie przyjęłam go z powrotem. Teraz żyjemy szczęśliwie razem: ja i trójka moich dzieci.




